Ze wszystkich sposobów oglądania filmów, doświadczenie kinowe jest tym najpełniejszym i najbardziej satysfakcjonującym - jestem pewien, że pod tym stwierdzeniem podpisze się zdecydowana większość twórców filmowych, ale też widzów. Niestety, dystrybucja kinowa filmu to ciężki kawałek chleba i droga najeżona przeciwnościami losu.
Brutalnie przekonali się o tym producenci niekwestionowanego zwycięzcy tegorocznego rozdania Oscarów - “Anory”. Jak donosi IndieWire, film Seana Bakera miał trafić do kin w Indiach już w listopadzie zeszłego roku. Niestety, zapowiedzi premiery kinowej szybko (i po cichu) zniknęły, a w zamian hinduscy kinomani otrzymają premierę VOD 17 marca.
Przyczyn tego stanu rzeczy należy szukać w działalności Centralnej Rady Certyfikacji Filmów (Central Board of Film Certification, CBFC), rządowego organu regulacyjnego w Indiach. Oprócz tego, że rada ta certyfikuje filmy, przypisując im odpowiednie kategorie (podobnie jak inne instytucje w wielu krajach, np. MPAA w Stanach Zjednoczonych), ma ona też prawo odmówić wydania certyfikatu, lub - co istotne - zażądać zmian w wyświetlanym dziele. Katalog jest obszerny: od zamazywania elementów obrazu, poprzez usuwanie dialogów, aż po wycinanie poszczególnych scen. Przypomina to czasy słusznie minione w Polsce i działalność urzędu na Mysiej.
IndieWire dotarł do certyfikatu dla doskonale znanego i głośnego filmu Haliny Reijn “Babygirl”. CBFC domagało się w nim ośmiu znaczących cięć, łącznie trwających 3 minuty i 36 sekund, w tym jednego o czasie 1 minuty i 34 sekund, a zawierającego “sceny masturbacji i frontalnej nagości”. Z kolei planowana na 10 stycznia premiera kinowa “Santosha”, brytyjskiego kandydata do Oscara w kategorii filmu międzynarodowego, nie odbyła się z powodu zatrzymania filmu przez urząd cenzorski.
Wygląda więc na to, że twórcy “Anory” podjęli decyzję o wycofaniu się z dystrybucji kinowej w Indiach, przewidując, że zmiany niezbędne do uzyskania pozytywnej decyzji organu cenzorskiego byłyby zbyt daleko idące. Oczywiście poskutkuje to znacznie ograniczonymi wpływami z tego rynku. I oczywiście, mieszkańcy Indii (których, lekko mówiąc, jest trochę) nie będą mogli w pełni doświadczyć tego dzieła, oglądając je na dużym ekranie. Ale jeśli ta - nie ukrywajmy - trudna decyzja była podyktowana chęcią zachowania oryginalnej wizji i przesłania Seana Bakera, to należy tylko bić brawa producentom.
Ciekawym wątkiem pobocznym może być pytanie: czy zawsze oglądamy ten sam film? Zdarzały się przypadki, w których dane dzieło było pokazywane szerszej publiczności, a następnie przemontowywane przed wypuszczeniem dalej. Wystarczy wspomnieć “Czas apokalipsy” Francisa Forda Coppoli, którego różnych wersji montażowych powstających od 1979 roku nie sposób zliczyć, a jego historię zakończyło trwające 3 godziny i 3 minuty final cut wydane 40 lat poźniej.
Nie można też nie wspomnieć o różnego rodzaju wersjach reżyserskich, choć bardzo często sprowadzają się one do dorzucenia kilku wyciętych uprzednio scen, i jedynie subtelnych innych zmian w montażu. Często można nawet pokusić się o subiektywne stwierdzenie, że wersja “oryginalna” była lepsza (patrz: “Midsommar. W biały dzień” Ariego Astera). Takie wersje są jednak najczęściej osobno traktowane, a dopisek o wersji reżyserskiej jest integralną częścią tytułu, lub podtytułem.
Mamy też przypadki “w drugą stronę” - w zeszłym roku do kin trafiło “Wytłumaczenie wszystkiego” Gábora Reisza. Prezentowana na festiwalu w Wenecji wersja 151-minutowa sprawiałaby problemy w dystrybucji kinowej (wiele kin byłoby mniej chętne do “blokowania” sali na tak długi czas - plus reklamy), stąd reżyser przygotował wersję krótszą o 24 minuty. I teraz pytanie - czy jak oglądamy wersję skróconą, to czy wciąż jest to ten sam film, który otrzymał nagrodę dla najlepszego filmu w sekcji Orizzonti? Na spotkaniu po seansie na festiwalu Nowe Horyzonty reżyser twierdził, że bardziej podoba mu się okrojona, bardziej “zwarta” wersja, ale wątpliwości pozostają.
We wszystkich wspomnianych wyżej przypadkach wprowadzenie zmian i decyzja o ich kształcie należała do twórców. Ale gdyby autorzy “Anory” poszli na kompromis z urzędem cenzorskim i pozwolili na zmiany w swoim filmie, przestaliby być jego twórcami; dzieło zostałoby okaleczone przez osoby trzecie, których motywacje są nie artystyczne, a polityczne. Z drugiej strony ktoś może powiedzieć - czy te kilka wyciętych minut zmieniłyby znacząco przesłanie “Anory”? Czy nie warto byłoby poświęcić tych kilka scen, ale zyskać widownię, która wciąż czerpałaby emocje i inspiracje oglądając Mikey Madison na wielkim ekranie? Niestety pewnie nie dowiemy się, jaki byłby potencjalny zakres zmian koniecznych do wprowadzenia (i czy w ogóle była jakakolwiek możliwość, aby CBFC zaakceptowało ten film), ale jedno jest pewne - takie kompromisy są niebezpieczne dla wolności artystycznej i mogą skutkować z jednej strony coraz większymi zapędami instytucji cenzorskich, a z drugiej - potencjalną przyszłą autocenzurą wśród twórców filmowych.
Ostatecznie “Anora” trafi w Indiach bezpośrednio do dystrybucji internetowej, w wersji nieocenzurowanej. To jeden z nielicznych przypadków, w których prawo nienadążające za rzeczywistością daje pozytywne skutki obywatelom - CBFC nie ma (jeszcze) prawnej możliwości ingerowania w treści prezentowane na platformach VOD (choć zdarzały się nieliczne przypadki nacisków, w tym skutecznych).
Odbierając Oscara dla najlepszego reżysera z rąk Quentina Tarantino, Sean Baker powiedział: “Filmowcy, nie przestawajcie tworzyć filmów na wielkie ekrany. Wiem, że ja będę to robił”. Szkoda, że w świecie nadmiernie kontrolowanym przez polityków i zbyt często skutym toksycznością dystrybucja kinowa ma dodatkowo “pod górkę” (oprócz odpływającej publiczności i problemów finansowych). Pozytywne natomiast jest to, że platformy VOD mogą poszerzać grono odbiorców filmów, dostarczając je tym, którzy na co dzień z różnych powodów - społecznych, politycznych i innych - nie mają możliwości skorzystać z doświadczenia kinowego.